W pierwszy weekend lipca wróciłem do studia. Pierwszy raz od trzech miesięcy faktycznie robiłem tam coś poza bezmyślnym gapieniem się w ścianę i bawieniem się kapodastrem i metronomem. Siedziałem przy pianinie i zapisywałem nuty oraz słowa do piosenki na nowy album.
Enemy of mine
I’ll fuck you like the devil
Violent inside
Beautiful and evil
I’m a ghost, you’re an angel
One and the same
Just remains of an age
Zapisując te słowa myślałem o Alex. Jakżeby inaczej. Stała się moją inspiracją. Zacząłem grać melodię i cicho śpiewać, kiedy do studia wpadł mój brat, Shannon. Był blady, a jego dłonie trzęsły się ze zdenerwowania. W lewej ręce trzymał plik papierów.
- Nie uwierzysz. Kurwa nie uwierzysz - podał mi plik papierów. Był to pozew. Zmarszczyłem brwi i zacząłem czytać.
- Nie dotrzymanie warunków umowy… Firma EMI pozywa Jareda Leto i jego zespół… Kwota w wysokości 30 milionów dolarów - kartki wypadły mi w ręki. Czułem się tak, jakby świat się skończył. - To… To jest niemożliwe. To jest jakiś jebany żart - schowałem twarz w dłoniach. - To żart. Sen. Bardzo głupi sen. Zaraz się obudzę - zacząłem szczypać się w ramię, a koszmar ciągnął się dalej.
Myślałem, że wszystko się ułoży. Kilka dni temu podpisaliśmy umowę z nową wytwórnią, zaczęliśmy nagrywać pierwsze utwory… Zrobiliśmy nawet studio w moim domu. A teraz wszystko miało runąć.
- Jakoś… Jakoś damy radę. Zadzwonię po Tomo - poklepał mnie pocieszająco po ramieniu i wyszedł. Nagle zawibrował mój telefon. Wiadomość od nieznanego numeru.
Hej, tu Alex. Cały czas myślę o naszym ostatnim spotkaniu. Jeżeli chcesz to powtórzyć, daj znać ;)
Alex. Potrzebuję jej. Potrzebuję jej kojącego uśmiechu i delikatnego śmiechu. Wykręciłem jej numer i przyłożyłem telefon do ucha. Jeden sygnał. Drugi. Tuż po trzecim odebrała.
- Halo?
- Alex - wyszeptałem. Nawet to jedno słowo wypowiedziane przez nią było jak balsam dla duszy. - Jesteś zajęta?
- Właśnie wychodzę z pracy. Dlaczego pytasz?
- Możemy się zobaczyć? Błagam.
- Tak, pewnie - w jej głosie słyszałem lekkie zdziwienie. - Uhm, gdzie chcesz się spotkać?
- Za pół godziny na Wzgórzach - po tych słowach się rozłączyłem i ruszyłem do kuchni. Wrzucałem do torby każde jedzenie, które wpadło mi w ręce. Zabrałem koc, dwie bluzy i zgarnąłem kluczyki do auta z kuchni. Ruszyłem w stronę drzwi, za którymi stał Tomo. Jego prawa ręka była w górze, gotowa do zapukania.
- Jared, cześć. Co się stało? Shannon tylko powiedział, że mam przyjechać jak najszybciej.
- Zaraz wszystko ci wyjaśni.
- Jared, gdzie idziesz? - z salonu usłyszałem głos swojego brata.
- Wychodzę - rzuciłem krótko, po czym wyminąłem swojego przyjaciela w drzwiach. Na tylne siedzenie Hammera rzuciłem wszystkie pakunki i siadłem za kółkiem. Przekręciłem kluczyk w stacyjce i wziąłem głęboki oddech. Zacisnąłem dłonie na kierownicy, usiłując opanować ich drżenie. Po kilku minutach byłem gotowy do odjazdu. Zajechałem pod wzgórza i zaparkowałem. Zobaczyłem Alex i od razu wyskoczyłem z samochodu.
- Jared, coś się stało? - podeszła do mnie z zatroskaną miną. - Przez telefon brzmiałeś dziwnie… - pokręciłem tylko głową i wyjąłem rzeczy z auta. Chwyciłem je w jedną rękę, drugą ująłem jej dłoń i zacząłem prowadzić. Bez słowa poszła za mną. Po dwudziestu minutach marszu dotarliśmy na miejsce. Było to wzniesienie, z którego roztaczał się widok na całe miasto. Rozłożyłem koc, położyłem na nim torbę i usiadłem. Alex usiadła obok mnie i ponownie chwyciła moją dłoń.
- Możemy jeszcze przez chwilę posiedzieć w ciszy? - spytałem drżącym głosem. Kiwnęła głową i przeczesała włosy palcami. Po kilku chwilach puściłem jej dłoń i wypakowałem z torby dwie butelki piwa. Bez słowa wzięła ode mnie jedną i upiła łyk.
- Powiesz mi w końcu o co chodzi?
- Pozwali nas. Na 30 milionów. Nie wiem co robić… Alex, ja jestem załamany. Czuję się, jakby wszystko legło w gruzach. Nie mam pojęcia co będzie dalej.
- Dowiedziałeś się o tym dzisiaj, tak? Domyślam się, że było to tuż przed twoim telefonem. Postaraj się uspokoić, daj sobie czas na zebranie myśli. Na pewno coś wymyślisz - ścisnęła moją dłoń i przejechała kciukiem po jej wierzchu. - A teraz pomyśl trochę o pozytywach. Na pewno macie już jakieś piosenki.
- No tak, mamy, ale nie są one gotowe. W niektórych jest to sama melodia, w jeszcze innych tylko tekst, a niektóre są napisane do połowy. To nawet nie nadaje się na album - westchnąłem. - Jestem w kropce. Wiem, że to wszystko jest świeże, ale cholernie się boję. Boję się tego, że nie damy rady, że to wszystko skończy się tragicznie - wziąłem łyk piwa. - A na dodatek straciliśmy studio. Nawet nie wiem gdzie nagramy piosenki, o ile one powstaną - prychnąłem i zabębniłem palcami w udo. Mówienie jej o tym wszystkim przyniosło mi ulgę i chociaż częściowo oczyściło umysł z ponurych myśli.
- Wyglądasz na kogoś inteligentnego, na pewno coś wykombinujesz - następne kilka minut spędziliśmy w ciszy przerywanej delikatnym stukotem butelek.
- Opowiesz mi coś o sobie?
- Nie ma za wiele do opowiadania. I nie jest to interesujące - spuściła wzrok.
- Mów o czymkolwiek, proszę. Chcę dzisiaj oderwać myśli od tego całego gówna. Zmierzę się z tym jutro.
Spojrzała się na mnie i delikatnie uśmiechnęła.
- Jeżeli zaśniesz z nudów, to możesz winić tylko siebie - usiadła prosto i odkaszlnęła. - Lat temu dwadzieścia i cztery… - obydwoje wybuchnęliśmy śmiechem. Alex przeciągnęła się i położyła na plecach. Uczyniłem to samo. - Jak już mówiłam, mam 24 lata. Przyjechałam do Stanów sześć lat temu. Mój tata jest wojskowym i stacjonował tutaj. Skończyłam już liceum, więc stwierdził, że mnie zabierze. Zakochałam się w tym mieście i oto jestem - wypuściła powietrze ustami. Jej oddech zamienił się w parę. - Zrobiło się chłodno.
- Wziąłem dla ciebie bluzę - podałem jej jedną z moich wkładanych przez głowę bluz. Ubrała ją i wróciła do poprzedniej pozycji. Mógłbym się przyzwyczaić do jej widoku w moich ubraniach.
- O czym to ja… A, właśnie. Tata kupił mi mieszkanie w Torrance i złożyłam papiery na studia. Dostałam się na medycynę, na uniwersytet przy szpitalu, w którym cię składaliśmy - posłałem jej krzywy uśmiech. - I to w sumie tyle. Moje życie naprawdę nie jest interesujące.
- Opowiedz mi o swoim dzieciństwie, życiu w Polsce. Tak naprawdę to nic nie wiem o tym kraju.
Zaczęła opowiadać. Mówiła, a ja spijałem z jej ust każde słowo. Miała talent do opowiadania. Dowiedziałem się wiele o niej i jej ojczyźnie. Kiedy skończyła, zacząłem opowiadać o sobie. Opowiedziałem jej o swoich pierwszych latach życia, wychowywaniu przez grupę hipisów i nieustannym zmienianiu miejsca zamieszkania. Nigdy się przed nikim tak nie otworzyłem. W te kilka godzin dowiedziała się o mnie więcej, niż mój przyjaciel Tomo przez sześć lat naszej znajomości. Gdy skończyłem mówić, zamilkłem na chwilę i spojrzałem na zegarek. Dochodziła druga rano.
- O, cholera. Jest środek nocy. Przepraszam, że przetrzymałem cię tak długo. Odwiozę cię.
- Bardzo miło spędziłam czas, więc nie narzekam - posłała mi ciepły uśmiech, który roztopił moje serce. Zgarnąłem wszystkie rzeczy i ponownie ująłem ją za rękę. Wolnym krokiem wróciliśmy do auta. Włączyłem ogrzewanie i ruszyłem. Alex podwinęła nogi pod siebie i wbiła wzrok w horyzont. - Dziękuję za cudowny wieczór - powiedziała nagle.
- Nie ma za co - odpowiedziałem, zatrzymując się pod jej mieszkaniem.
Kolejne tygodnie były pełne napięcia. Mimo wszystko, nie poddawałem się. Codziennie godzinami przebywaliśmy w studiu. Każdy z nas potrzebował czegoś, co odwróci naszą uwagę od długu. Dobrą wiadomością było to, że rozpoczęliśmy rozmowy z EMI i powoli zbliżaliśmy się. do zawarcia ugody. W pierwszych dniach września, kiedy Tomo obchodził urodziny, zebraliśmy się u niego w domu razem z paroma znajomymi.
- Więc… Jak się prezentuje cała sprawa? - spytał Jamie, mój stary przyjaciel. Otwierałem już usta, ale odezwał się mój brat.
- Jest lepiej. Mamy już całkiem sporo materiału, rozmowy z EMI powoli zmierzają ku końcowi. Prawdopodobnie znowu podpiszemy z nimi umowę. Jakoś z tego wyjdziemy. Mój drogi braciszek uratuje nam tyłki - wykrzywił się do mnie i wrócił do pilnowania grilla. Reszta wieczoru upłynęła podobnie. Rozmawialiśmy o przyszłości zespołu, wymyślaliśmy tytuły i snuliśmy plany o tym, gdzie chcielibyśmy zagrać w nadchodzącej trasie.
Późnym wieczorem wróciliśmy do domu. Zerknąłem na telefon. Zero wiadomości od Alex. Nie odzywała się od naszego ostatniego spotkania. Może powinienem sprawdzić, czy wszystko w porządku? Za wiele nie myśląc, chwyciłem kluczyki do auta i ruszyłem do Torrance. Nie wiedziałem co sądzić o tej ciszy z jej strony. Może zrobiłem coś nie tak podczas naszego ostatniego spotkania?
Po dwudziestu minutach znalazłem się pod jej budynkiem. Wszedłem po schodach na trzecie piętro i zapukałem do drzwi. Po chwili mi otworzyła, wychylając samą głowę.
- Jared? Co ty tu robisz? - wyglądała na zdziwioną.
- Nie odzywałaś się od kilku tygodni, zacząłem się martwić. Wszystko w porządku?
- Tak, tyle, że… To nie jest odpowiednia chwila na rozmowę - uchyliła delikatnie drzwi i zobaczyłem, że jest owinięta w prześcieradło. Wziąłem mały krok do tyłu i spuściłem wzrok.
- Przepraszam, ja… Powinienem już iść. Miłego wieczoru - posłałem jej krzywy uśmiech i odwróciłem się.
- Odezwę się jutro i porozmawiamy, dobrze? - nie odpowiedziałem, tylko zbiegłem po schodach. Zamknąłem się w samochodzie, oparłem głowę o kierownicę i wziąłem kilka głębszych oddechów. Kompletnie nie rozumiałem swojej reakcji. Czy to była zazdrość? O co? Widzieliśmy się tylko trzy razy i tak naprawdę niewiele o niej wiedziałem. Westchnąłem i ruszyłem do domu. Pojechanie do niej było naprawdę złym pomysłem.
***
Zamknęłam drzwi i osunęłam się po nich ciężko wydychając powietrze. Czy on musiał przyjść akurat w tym momencie?
Prawda, nie odzywałam się kilka tygodni, ale ledwo miałam czas, żeby usiąść i pomyśleć. Praca dawała mi popalić i był to mój pierwszy wolny wieczór od miesiąca. Chciałam zadzwonić do niego dzisiaj, ale, cóż, wypadło mi coś innego.
- Al, wszystko w porządku? - z sypialni wyszedł Josh. Westchnęłam.
- Szczerze? Nie. Jared właśnie przyszedł. Nie odzywałam się od niego od miesiąca i chciał sprawdzić, czy wszystko w porządku. Czy musiał przyjść akurat dzisiaj? - wstałam i poszłam do kuchni. Wyjęłam z lodówki karton soku pomarańczowego i wzięłam kilka łyków chłodnego napoju. Usiadłam na blacie i zaczęłam machać nogami. - Zależy mi na nim, a teraz pomyśli, że mam go gdzieś.
- Spokojnie. Przecież nie jesteście parą. Nawet nie byliście na prawdziwej randce.
- No tak, ale… - westchnęłam. - Nie zrozumiesz.
- Pewnie nie. Może po prostu się położymy, porozmawiamy o tym? - kiwnęłam głową i dałam się zanieść do swojej sypialni. Josh położył się obok mnie i objął ramieniem. - Po prostu zadzwoń jutro do niego i wyjaśnij wszystko. Umów się na kawę, cokolwiek. Na pewno pomoże.
- Tak naprawdę to nie mam się z czego tłumaczyć. Wiesz, praktycznie się nie znamy, ale… Jest mi źle z tym, że zastał mnie w takiej sytuacji. Sama nie wiem czemu - przetoczyłam się na prawy bok i spojrzałam swojemu przyjacielowi w oczy. - A ty? Masz kogoś specjalnego?
- Nigdy nie będzie moja. Jest dla mnie za dobra - wzruszył ramionami.
- Dla ciebie? Seksownego, odnoszącego sukcesy lekarza ze świetnym charakterem? Możesz mieć każdą.
- Najwidoczniej nie - westchnął i pogłaskał mnie po plecach. - Jutro muszę wstać o siódmej. Dobranoc.
- Dobranoc - mruknęłam i zamknęłam oczy.
Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po obudzeniu było napisane do Jareda. Przeprosiłam go za wczoraj i zaprosiłam na lunch. Nasza znajomość była krótka, ale zaczynało mi na nim zależeć. Był wyjątkowym człowiekiem i miał w sobie coś, co sprawiało, że chciałam go poznawać.
Jadłam śniadanie, kiedy odpisał mi, że podejdzie pod szpital o pierwszej. Na moich ustach od razu zagościł szeroki uśmiech, który powiedział Joshowi wszystko. Odwiózł mnie do pracy, a sam udał się na lotnisko.
- Bukowski! Tutaj jesteś - usłyszałam ordynatora oddziału, doktora Armstronga. Nie cierpiałam go, ale był najlepszym chirurgiem w stanie i staż u niego graniczył z cudem. - Karta pacjenta z ósemki i kawa. Będę w moim gabinecie.
- Panu również dzień dobry - mruknęłam i narzuciłam na siebie kitel. Zgarnęłam kawę, kartę i mu je przyniosłam. - Proszę - posłałam mu mój najbardziej jadowity uśmiech. Wziął to ode mnie bez słowa i odprawił jednym ruchem ręki. Wywróciłam oczami i poszłam do recepcji. Przywitała mnie w niej Sally.
- Hej, Alex. Armstrong miły jak zawsze?
- Jak widać. Ilu pacjentów dzisiaj mam? - zerknęłam z przerażeniem na pokaźny stos piętrzący się przed moimi oczami.
- Spokojnie, to nie dla ciebie - zaśmiała się i podsunęła mi mniejszą kupkę. - Czwórka. Pamiętaj o rękawiczkach, ktoś się uskarżał na hemoroidy - skrzywiłyśmy się, a ja poszłam do gabinetu.
Co jak co, ale przychodni nienawidziłam najbardziej. Niestety, każdy lekarz musiał tam odpracować swoje godziny. Nie po to szłam na chirurgię, żeby teraz przepisywać tabletki na hemoroidy i syropy na kaszel. Cały czas patrzyłam na zegarek, odliczając minuty do pierwszej. Pożegnałam się z ostatnim pacjentem i wyleciałam z gabinetu z prędkością światła. Oddałam Sally karty i poszłam do łazienki. Spojrzałam w lustro i pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, były ogromne cienie pod moimi oczami. Bezskutecznie usiłowałam zakryć je pudrem. Po kilku próbach poddałam się i tylko rozczesałam włosy i nałożyłam na usta delikatną szminkę. Kiedy wyszłam z budynku szpitala, Jared już na mnie czekał.
- Hej - uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Cześć. Idziemy? - podał mi ramię. Przyjęłam je i ruszyliśmy w stronę małej knajpki. Zajęliśmy miejsce przy oknie i każde z nas wzięło kartę dań. Przez cały ten czas przyglądałam się Jaredowi. Nie mogłam nic wyczytać z jego twarzy, jakby była kompletnie wytarta z emocji.
- Naprawdę musisz przede mną grać? - spytałam po kilku minutach. Otworzył usta, ale mu przerwałam. - Widzę to, więc nie wciskaj mi kitu, że tak nie jest. Coś się dzieje i masz mi powiedzieć co. Czekam - założyłam nogę na nogę i wbiłam w niego uporczywe spojrzenie. Rzucił mi wściekłe spojrzenie, ale po chwili westchnął z rezygnacją.
- Nie spodobało mi się to, co wczoraj zobaczyłem, okej? Sam nie wiem czemu.
- Mogę przyjąć państwa zamówienie? - podeszła do nas kelnerka. Na widok Jareda zarumieniła się.
- Poproszę penne ze szpinakiem i szklankę wody z cytryną. Alex?
- Dla mnie będzie risotto z kurkami i również szklanka wody - kelnerka obdarzyła Jareda przeciągłym spojrzeniem i odeszła.
- Kontynuuj.
- Naprawdę nie wiem, co się ze mną dzieje. Znamy się tak krótko, a ja nie mogę wyrzucić cię z głowy i zaczyna mi na tobie zależeć - uśmiechnął się krzywo. - Brzmię teraz jak dziwak, więc nie obrażę się, jeżeli teraz wyjdziesz.
- Żartujesz sobie? - naprawdę byłam w szoku. Powiedział o wszystkim, z czym borykałam się od naszego spotkania kilka tygodni temu. Uśmiechnęłam się, a on wybałuszył oczy. - Czuję dokładnie to samo. Ulżyło mi teraz.
- Mi też - zaśmiał się z wyraźną ulgą. Po chwili kelnerka przyniosła nasze zamówienia. Jedliśmy w ciszy, cały czas uśmiechając się do siebie znad talerzy.
- Więc… - zaczęłam po skończonym posiłku. - Jak tam sprawa z wytwórnią?
- Chwilowo wszystko stoi w miejscu. Nagrywamy piosenki, czekamy na jakikolwiek odzew od nich - wzruszył ramionami. - Prawdopodobnie znowu podpiszemy z nimi umowę.
- Macie już dużo materiału?
- Mam napisanych naprawdę dużo piosenek, ale nie wiem, ile z nich trafi na album. To jeszcze nie jest to. Brakuje mi w nich tego czegoś.
- Nie możesz robić niczego na siłę. Pomysł na piosenkę przyjdzie do ciebie w najmniej oczekiwanym momencie.
- Nie wiem, czy mamy dużo czasu - zaśmiał się. - A co u ciebie? Co robiłaś przez ostatnie tygodnie?
- Praca. W naszym szpitalu odbywała się międzynarodowa konferencja lekarzy. Pewnie miałabym wolne, gdyby nie to, że jako jedyna w szpitalu umiem mówić po japońsku. Przez ostatni miesiąc robiłam za tłumacza. Nie miałam czasu nawet usiąść na dłużej niż pięć minut - taka była prawda. Z całego stresu schudłam pięć kilo, co w moim przypadku było czymś poważnym. Ledwo stałam na nogach. Jared rzucił mi pełne współczucia spojrzenie.
- Myślałaś o wzięciu wolnego?
- Sama nie wiem… Teraz jest lepiej. Po prostu odeśpię w weekend i potem…
- Nie. Obydwoje wiemy, że tego nie zrobisz, bo wypadnie ci coś jeszcze. Weź tydzień wolnego, wyjedź gdzieś, zrelaksuj się. Zastosuj się do swojej rady - puścił mi oko.
- Pomyślę o tym. Obiecuję - spojrzałam na zegarek. - Ale teraz muszę wracać do pracy.
- Pewnie. Odprowadzę cię - położył na stole banknot studolarowy i ruszyliśmy w stronę szpitala. Ponownie wzięłam go pod rękę i szliśmy powoli, a Jared opowiadał o odpowiednich miejscach na urlop. Myślałam nad Nowym Jorkiem. Mieszkałam w Stanach od sześciu lat, a nigdy nie udało mi się tam być. Zaproponował nawet, że pojedzie ze mną. Zaśmiałam się słysząc to, ale miałam cichą nadzieję, że naprawdę to zrobi. Czy nie byłoby to cudowne? Bycie razem na Empire State Building, długie spacery po Central Parku…
Zanim się spostrzegłam, doszliśmy pod szpital.
- Odezwij się wcześniej niż za parę tygodni, dobrze? I daj mi znać co z tym urlopem - pokiwałam głową. - Do zobaczenia - uśmiechnął się lekko i po chwili wahania pocałował mnie w policzek. Poczułam, że się rumienię, a Jared pomachał mi i odszedł. Kiedy odjechał, oparłam się o ścianę budynku i głęboko odetchnęłam. Nie wiedziałam co to było. Mógł to być początek przyjaźni, albo czegoś więcej. Wiedziałam tylko, że nie chcę, żeby miało to swój koniec.
~*~
W końcu znalazłam czas, żeby wrzucić pierwszy rozdział. Mam nadzieję, że Wam się podobał. Prosiłabym o komentarze, gdyż zależy mi na Waszym zdaniu i ewentualnych uwagach. :)
Kolejny rozdział pojawi się dopiero pod koniec września. Wyjeżdżam do Włoch i nie będę miała możliwości wrzucenia go. Liczę na Waszą cierpliwość i wyrozumiałość. :)
Czytam Twój rozdział już enty raz i w końcu komentuję. Wiesz, że podoba mi się zamysł i sposób, w jaki piszesz i czekam na dalszy rozwój akcji nucąc sobie Stranger in a strange land XD baw się dobrze na wycieczce!
OdpowiedzUsuńRassy
Podoba mi się i czekam na kolejny rozdział. :D
OdpowiedzUsuńZapraszam do mnie :D
Kiedy coś nowego? :)
OdpowiedzUsuń